« powrót do spisu

Aktualności

2010-08-12

KRISPOL na szczycie - ELBRUS zdobyty!

Czteroosobowa ekipa Polskiego Klubu Zdobywców w składzie: Michał Michnowicz, Roman Sadowski, Dominik Mański oraz Robert Stępień powróciła z odległego Kaukazu. Zapraszamy na niezwykle barwną i szczegółową relację autorstwa jednego z uczestników wyprawy!

Elbrus

„Z górami to jest tak, że człowiek albo się w nich zakocha bez opamiętania, albo będzie je omijał szerokim łukiem. W naszym przypadku padło na ten pierwszy wariant, w dodatku z dość znaczącym natężeniem. Dopiero co zeszliśmy z Kilimandżaro i Ol Doinyo Lengai, a już na horyzoncie pojawił się następny cel: Elbrus. Pomysł zdobycia tzw. Korony Świata zaczął nabierać coraz intensywniejszych kolorów. Przygotowania do wejścia potraktowaliśmy nieco „po macoszemu". Wydawało się, że niższy od Kilimandżaro o ponad 250 metrów Elbrus „łykniemy" bez najmniejszego problemu. Nasze działania skoncentrowały się na uzupełnieniu ekwipunku. Raki i czekan podnosiły rangę przedsięwzięcia. Pojawiały się wątpliwości - może jednak będzie trudniej niż w Afryce!? Ale ... do odważnych świat należy...

 

27.07.2010
Nadszedł dzień startu. Dwugodzinny przelot z Warszawy do Moskwy odbył się bez większych niespodzianek. Kolejne dwie godziny spędziliśmy na pokładzie Tupolewa TU 154 M (eM - jak podkreślał nasz kompan Robert - MODERNIZOWANEGO). Ślady modernizacji były dla nas widoczne gołym okiem: mazy pędzlem na pomalowanych olejną farbą elementach wskazywały na dość nieodległy czas ostatniej modernizacji. Trafnie to ujął Michał: ubytki stali są sprawnie zrównoważone przez naddatki farby.

Dwugodzinna różnica czasu kradnie nam dwie godziny z popołudnia.  Blisko 5 godzin jazdy Fordem Transitem - tak na oko stusześćdziesięcioletnim - i jesteśmy na miejscu. Azau, hotel Meridian. Tu poznajemy resztę ekipy (grupa „kolejowa" dotarła tu pociągiem - ponoć wrażenia również pierwsza klasa!).

Następnego dnia wstajemy o 7.00, jemy śniadanko i startujemy na pierwszą aklimatyzację - Czeget (3761 m n.p.m.). Znaczną część trasy pokonujemy kolejką, a właściwie dwoma (koszt: 400 rubli). Ostatnie 1/3 trasy traktujemy „z buta".

Pogoda wyśmienita. Słoneczko, 35˚C, praktycznie zero wiatru. Wejście zajmuje nam jedynie 1,5 godziny. Niby niewiele, ale powoli widać, kto w grupie jest w dobrej kondycji, a komu może być nieco trudniej. Wejście niby banalne: bez sprzętu, a jednak wysokość wywołuje pierwsze podczas tej wyprawy zadyszki.

Na samym szczycie spędzamy sporo czasu. Napawamy się krajobrazem. Z jednej strony dumnie patrzą na nas „Piersi Dziewicy" - czyli Elbrus. Z drugiej panorama Wielkiego Kaukazu z Siemiorką na pierwszym planie i majestatyczną Uszbą w oddali. Dech zapiera w piersiach! Trzeba zauważyć, że sam Elbrus jakby nie pasuje do otaczających go górskich towarzyszy. Jedyny łagodny, wśród ostro zakończonych szczytów Wielkiego Kaukazu. Chyba wie, że jest najwyższy, bo nie bardzo przejmuje się zadziornością sąsiadów o blisko 1500 metrów niższych.

Cały ten sielankowy klimacik psuje bałagan, który towarzyszy nam po drodze na szczyt.
Wygląda na to, że do Rosji nie dotarł jeszcze superbiznes zbieraczy złomu. Wszędzie walają się resztki (czasami kilkusetkilowe) różnych urządzeń i konstrukcji. Ogólnie SYF, SYF i jeszcze raz SYF.  Zapewne Kaukaz w tych okolicach jest piękniejszy zimą, bo puchowa pierzyna przysłania całe to badziewie! Ale my nie będziemy czekać! Wracamy powoli do hotelu. Przecież jutro wychodzimy w kierunku tego najważniejszego dla nas szczytu.

W chwilę po tym, jak ruszyliśmy w powrotną drogę z sąsiedniej Siemiorki, z pokaźnym hukiem stoczyła się lawina wywołana mocnym nasłonecznieniem stoku. Mimo tego, że to daleko od nas - efekt został osiągnięty! Góry skutecznie pogroziły nam palcem! Ja osobiście jestem przekonany, że to nasz lider swoimi sandałkami wywołał takie wzburzenie Kaukazu!

Po dotarciu do Azau próbujemy lokalnej kuchni w postaci naleśników z serem kozim. Nazywa się to HICZINY i smakuje całkiem, całkiem. Resztę dnia spędzamy rozważając różne scenariusze przyszłego ataku szczytowego w zależności od pogody, z jaką przyjdzie nam się zmierzyć.


29.07.2010
Dziś startujemy po laur zdobywców Elbrusa. Tuż po śniadaniu kierujemy się do kolejki, którą podjedziemy nieco bliżej bazy nr 1. Upssss - nie działa. Idziemy do drugiej, starszej. Wagonikiem kolejki MIR, która lata świetności ma już dawno za sobą, wjeżdżamy majestatycznie i powoli. Przesiadka do kolejnego wagonika na stacji „Old View Point" i docieramy na 3470 m n.p.m.

Tu część z nas chce skorzystać z wyciągu krzesełkowego, a pozostali idą do bazy nr 1 na piechotkę.  Tylko najodważniejsi zdecydowali się zabrać ekwipunek kolegów i z narażeniem swojego życia siedli na krzesełkach wyciągu - „widma". Z grzeczności nie wymienię pozostałych, niech nie będzie wiadomo, kto wybrał łatwiznę!

Na kolegów czekam tuż poniżej Beczek. Pilnuje ich bagażu i popijam lokalne piwko. Baza nr 1 - Beczki, lub jak kto woli Garabaszi (3780 m n.p.m.) - to grupa kilkunastu ogromnych zbiorników po paliwie lotniczym przerobionych na noclegownie. Wewnątrz takiego luksusiku mieści się od 6 do 8 osób.

W całej bazie panuje postindustrialno-syfiasty styl architektoniczny. Jedno można przyznać! Jest ogromnie motywujący! Naprawdę chce się stąd jak najszybciej wyjść! Niestety osobiście nie miałem okazji zwiedzić kibelka w Beczkach, ale z doniesień Michała i Dominika wiem, że warstwa toksyczna na podłodze jest tak gruba, że nawet próba wykonania posiedzenia w rakach nie gwarantuje czystości butów. Tylko tyle, że w poślizg się nie wpadnie!

Z radością reagujemy na następny etap naszej wyprawy, tj. wyjście aklimatyzacyjne do Prijuta. Popołudniu wchodzimy na 4060 m n.p.m.  - Prijut! Nasza jutrzejsza baza! Ale jest dopiero dziś! A dziś sycimy oczy pięknem otaczającego nas raju. Im wyżej tym mniej słupów energetycznych i tym mniej wszechotaczającego nas złomu. Pięknie! Siedzimy na tarasie tuż powyżej najstarszego schroniska na Prijucie! Obok nas skała z przypiętymi tabliczkami ku pamięci ofiar Elbrusa - aklimatyzacja na całego! Z dreszczykiem! Brrrrr... Starczy! Wracamy.

Co prawda powiedziano nam, że na tej trasie którą podążamy nie ma szczelin lodowych - ale nie oznaczało to jednocześnie tego, że ich tam nie znajdziemy! Dominik z niezwyklą skutecznością wpieprzył się po tyłek w jedną z takich szczelin! I skubany krzyczy żeby go wyciągnąć! Zaraz - odpowiadają stojący przy nim murem towarzysze (czyli my) - tylko fotki zrobimy! Obyło się bez ofiar, a Dominik zyskał jednogłośnie tytuł „szczelinomierza wyprawy". Od tej pory miał gratisowo zapewnione miejsce w ścisłej szpicy ekipy. Cwaniak!

Po powrocie do Beczek gotujemy posiłki i kładziemy się spać około 22-giej. Ciężko zasnąć i ciężko spać!

Nazajutrz, zaraz po ósmej żegnamy się z Beczkami i z całym ekwipunkiem, w rakach wędrujemy do bazy nr II, do Prijuta. Po blisko dwugodzinnym podejściu lokujemy się w najstarszym Prijucie. Jest to nie tylko najstarszy budynek! Jest to również najfajniejszy budynek -  np. najmniej w nim śmierdzi! Jest to naprawdę argument! Po blisko dwugodzinnym lenistwie okazuje się, że to nie jest niestety nasz nocleg. Musimy się przenieść nieco wyżej. Do nowszego! Ekstra! Zbieramy majdan i idziemy w kierunku naszego „Hiltona". Już z daleka czuć co nas czeka. Staję na progu i po raz pierwszy w życiu czuję jak smród w oczy szczypie! Rozglądam się w koło - śmietnik. Zaglądam do środka - porodówka dla psów. Kurde! To chyba nie tu?!?!?! A jednak. Po godzinie treningu oddechowego dziewczyny znajdują tajemniczy pakunek żywnościowo-mięsny z kilkukrotnie przekroczoną datą przydatności. Już wiemy co było przyczyną nikłego zainteresowania naszą noclegownią ze strony innych ekip. Wyrzucamy go daleko, na śmieci, jakieś ...2 metry przed wejściem do „Hiltona". Wewnątrz kilkanaście miejsc noclegowych. Z Michałem idziemy „na pięterko".

Po zakwaterowaniu kolejna aklimatyzacja. Podchodzimy do końca skał przy Prijucie. GPS Roberta wskazuje, że jest to 4370 m n.p.m. Jest chęć żeby wleźć na  4500 metrów, ale pogoda zaczyna się psuć. Chmury, grzmi i zaczyna deszcz padać. Wracamy! Kiedy dochodzimy do „Hiltona" deszcz przeobraża się w grad i atakuje po nieosłoniętych częściach ciała z niespotykaną uciążliwością. Fajnie, że udało się w porę wrócić. Teraz musimy przeczekać w „Hiltonie" załamanie pogody. Czyli ... jedzonko (głównie liofilizaty i zupki chińskie. Brrrr.) I spać!

Przed wyprawą czytałem w Internecie co nieco na temat warunków sanitarnych w Prijucie. I potwierdzam, że podczas większego wiatru można sobie w kibelku bez trudu nasikać na głowę, a próba wyrzucenia papieru toaletowego przypomina wypuszczenie gołąbka pokoju, który koniecznie chce przysiąść człowiekowi na ramieniu. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o tym, że nasz Hilton miał też pewną zaletę: otóż była tam telewizja setelitarna! Tylko... nie było prądu, bo jak nam powiedział gospodarz: agregat się TROCHĘ zepsuł.

  31.07.2010
O godz. 7.00 wyruszamy na aklimatyzację do Skał Pastuchowa. Wejście na blisko 4700 m n.p.m. zajęło nam około 2 godzin. Siedzimy i po raz kolejny upajamy się pysznym krajobrazem. Po blisko dwóch godzinach siedzenia docierają do Skał ostatni z naszej grupy. Hmmm... Chyba jutro będzie im ciężko!

Powrót do Prijuta zajął nam jedynie 40 minut. Jedzonko, przepakowanie i spać! Zaraz po północy rozpoczynamy przecież atak szczytowy! Życie pisze czasami niespodziewane scenariusze. Około 18-tej okazuje się, że dwójka naszych kompanów, która dziś wyjechała ratrakiem do Skał Pastuchowa, jeszcze nie wróciła! Gdzieniegdzie słychać, że postanowili wejść na Elbrus! Ktoś z ekipy zrobił zdjęcie trawersu nad Skałami i po znacznym powiększeniu wszyscy stwierdzili, że to nasi: Leszek i Basia. Nie ma szans, żeby samodzielnie przed nocą wrócili. Mało tego, Leszek nie wziął okularów przeciwsłonecznych, a tak w ogóle to jest po ... operacji serca. Ekstra!

Krótka decyzja Jarka: wychodzimy po nich. Ani mnie, ani Michała nawet nie trzeba było zapraszać. Już się wbijamy w ciuchy i uprzęże. Zabieramy liny i pętle, no i ruszamy. Częściowo ratrakiem, a powyżej Skał Pastuchowa takim „prawiebiegiem". Nie wiem jak inni, ale ja na pewno nie byłbym w stanie powtórzyć takiego tempa marszu w tym miejscu. Nigdy! Szybko docieramy do naszej niesfornej dwójki, sprowadzamy ich do ratraka, zjeżdżamy i około 22-giej idziemy spać. Co ważne! Każdy z ekipy pomagał jak mógł. Przed wyjściem na akcję momentalnie znalazły się termosy z herbatą, batony energetyzujące i inne niezbędne drobiazgi. Kiedy wróciliśmy z naszymi „uratowanymi" czekała ekipa, gorąca herbata i dużo serdeczności. Dzięki!


01.08.2010
Od 1.00 w nocy hałas. Do wyjścia szykuje się pierwsza grupa. My, jako drudzy startujemy tuż przed 3-ą. Jestem od trzech nocy niewyspany i deczko zmęczony akcją sprzed kilku godzin. Ale ... ruszamy! Od samego początku daje się we znaki wiatr. Z początku letni, ale powyżej Prijuta coraz chłodniejszy. Lider naszej grupy narzuca zbyt duże tempo i dlatego musimy sobie je sami kontrolować. Zimno daje się coraz mocniej we znaki. Czuję jak zaczynają mi przemarzać palce u stóp. Niedobrze! Muszę jednak przyspieszyć kroku! Zintensyfikować pracę nóg! Powoli wstaje dzień. Jest szansa, że zrobi się cieplej.

Morderczy (przynajmniej dla mnie) trawers prowadzi nas na siodło pomiędzy szczytami; wschodnim niższym i zachodnim - celem naszej wyprawy. Pod koniec trawersu wyłania się droga na szczyt - będzie bardzo ciężko - już to widać! Każdy odpoczynek to dla mnie kilka sekund przymknięcia powiek i łakomego łykania powietrza. Żeby tylko nie usnąć! Kiedy mijamy znaczące przewyższenie naszym oczom ukazuje się ... kolejne znaczące przewyższenie! Czy ta mordęga nigdy się nie skończy???

I ... Yes, yes, yes! Tuż przed 12-tą jesteśmy na szczycie. Razem z Michałem i Jarkiem. Wcześniej doszli Robert i Lechu. Brawo! Wiatr chce łeb urwać. Minus 20˚C, ze 100 km/h wiatru dają się mocno we znaki. Błyskawicznie robimy niezbędne zdjęcia. W przypadku Michała ta „błyskawica" musi chwilkę potrwać! Teraz już wiem czemu miał taki ciężki plecak! Same flagi i proporce!

Zaczynamy schodzić. Czuję się coraz gorzej. Usypiam na stojąco! Przed nami około 5 godzin zejścia. Jak to przetrzymać?! Na szczęście - im niżej tym lepiej. Przy Skałach Pastuchowa robię pożytek z folii i zjeżdżam na tzw „dupozjeździe". Nieco udało się odsapnąć. W Prijucie jestem około 15.30. na kolejkę już chyba nie zdążę. Dziś widok naszego „Hiltona" jest jednym z piękniejszych w moim życiu! Uwierzcie mi, w pewnych okolicznościach można ten śmietnik pokochać! Kładę się spać. Mimo ogromnego zmęczenia nie mogę zasnąć - udaje się dopiero w nocy.


02-05.08.2010
Najbardziej w moim życiu oczekiwana godzina 9-ta. Bo o 9-tej drodzy Państwo rusza kolejka w dół, do Azau. Ktoś niespełna rozumu rzuca: może śniadanko sobie najpierw zrobimy? Wybaczamy mu - to efekt niedotlenienia. Nikt nie chce zostawać w „Hiltonie", ani o sekundę dłużej, niż to jest absolutnie niezbędne. W Azau jesteśmy już o 10-tej. Normalne jedzenie, normalne picie (znaczy piwko J), normalne mycie i w końcu normalne spanie.

Wieczorkiem znaczna część ekipy (kolejarze) wyjeżdża do Sochi. Smutno, kurcze trochę smutno! My postanowiliśmy jeszcze zostać w Azau i może coś jeszcze zobaczyć. Następnego dnia wybieramy się na rekonesans w okolice Wierchnego Baksanu. Próbujemy podejść do malowniczo, ponoć, położonego jeziora. Niestety... Po pierwsze zbliżająca się burza, a po drugie spychacz, który jak zaginiony w akcji, spadł komuś w przepaść, skutecznie nas wystraszyły i po kilkugodzinnej wędrówce zawróciliśmy ponownie do Azau.

Popołudnie spędzamy przy gitarce, która choć tylko 5 strunowa (chwilowo), to wykrzesała z siebie sporo skocznych melodii. Michał zadzierzgnął bliższą znajomość z lokalną milicją! Pani z Hotelu powiedziała nam, że „to bandyci". Michał, że „to milicja", a na to Pani z hotelu: „no właśnie mówię!". W każdym razie znowu obyło się bez ofiar. Już wiemy, że w Azau zobaczyliśmy wszystko, co było do zobaczenia.

Decydujemy się przejechać do Piatigorska. To był genialny pomysł. Fajne miasto, a w nim niesamowita restauracja Ermitaż, w dodatku z letnim ogródkiem, o nazwie Nostalgia. Żarcie tak pyszne, że nie można się było ograniczyć. Europa pełną gębą! I z pełną gębą! Warto tam pojechać, chociażby dla tego jednego miejsca!


06.08.2010
Dziś w końcu startujemy do domu. Wyjazdy, nawet te najfajniejsze, mają w sobie zawsze element pragnienia powrotu. W naszym przypadku zawsze mocny! Początek dnia wróżył raczej mało emocjonującą podróż do domu i spotkanie z tak utęsknionymi najbliższymi. Los po raz kolejny nie pozwolił nam na nudę. Po wylocie z Mineralnych Wód okazało się, że coś za długo lecimy do Moskwy. Robert sprawdza GPSa i okazuje się, że krążymy od jakiegoś czasu nad Moskwą. W dodatku czuć w samolocie spaleniznę! A samolot to nie byle jaki! To TU 154 M (z naciskiem na Em). Po blisko 40 minutach lądujemy szczęśliwie. Lotnisko spowite dymem z pożarów, o których media donoszą na całym świecie. Makabra. Obsługa lotniska chodzi w maskach. Więc już znamy przyczynę naszego opóźnienia w lądowaniu.

Wg wstępnych ustaleń mieliśmy 3 godziny odstępu między poszczególnymi lotami. Teraz czas ten stopniał do dwóch godzin. Decyzja jest taka: najpierw się odprawiamy, potem idziemy wydać ostatnie ruble, jakie nam zostały. Puszczam mój bagaż przez tunel i widzę jak oczy celniczki rozbłyskują niczym ognie bengalskie! A milicjant stojący nieopodal już wie, że najbliższe rozdanie Gwiazd Bohatera Związku Radzieckiego odbędzie się przy jego współudziale. Najpierw celniczka zapytała mnie po rosyjsku czy mam w plecaku kamienie. Udałem, że nie rozumiem o co jej chodzi. Więc zapytała po angielsku - nadal jej nie rozumiałem, ale teraz to jeszcze miałem minę lekko idiotyczną. Wątek kamieni został porzucony dzięki szybkiej akcji przyszłego właściciela Gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego. Kazał mi wyjąć z głównego bagażu nóż myśliwski i zapytał skąd go mam. No z Polski przywiozłem. OK - mówi bohater - odpraw się, a ja na ciebie zaczekam za bramkami. Hmmm - najważniejsze, że kamienie z przeznaczeniem do szkół się uchowały!

Po odprawie milicjant każe iść za sobą. Mijamy kilka zaułków, przechodzimy przez jakieś sklepy i bary, aż w końcu otwiera przede mną drzwi bez opisu i z tajemniczym numerem 1892-2 na drzwiach. Wewnątrz taki oto obrazek. Za biurkami siedzi troje młodych milicjantów (jedna babeczka i dwóch facetów), a na sofie leży rozwalony, w mundurze rozpiętym do pasa jakiś „starszyna". Jeden z młodych wskazuje miejsce na którym mam usiąść, a starszyna zapinając mundur usadawia się za biurkiem nieopodal.

Młody zaczyna określać mi moje położenie, a wyglądało to mniej więcej tak: „napadłeś chłopie zbrojnie na Rosję. Nie wiadomo, czy tym nożem to kogoś nie zabiłeś! Gdyby ten nóż był ..." i tu pokazuje mi grubą „knigę" opisaną, a jakże, cyrylicą ... to wtedy było by OK. „Ale, że ten nóż nie jest ..." i znów wskazuje na wersy w „knidze" „to generalnie masz problem i w związku z tym już możesz sobie załatwiać bilet na jutro lub pojutrze, bo dziś to na pewno nie wylecisz". Poza tym ... kara miała wynieść od 5 do 10 tysięcy rubli! Tak sobie pomyślałem: „po coś młody tyle się namęczył?" Przecież od razu trzeba było mówić że rzecz cała leży w rubelkach! Pokazałem portfel. Niestety mam tylko 2000 rubli i kilka dolarów i to mogę dać. Milicjant kiwa głową z dezaprobatą. To za mało. W końcu starszyna kazał młodym wyjść i z poziomu swojego autorytetu oznajmił mi, że to o wiele za mało. Spojrzałem na zegarek: odlot za 20 minut. Cholera - mało czasu. Raz kozie śmierć. Mówię do starszyny: „No to będę tu musiał kilka nocy przespać, bo kasy więcej nie mam, a zanim mi podeślą z Polski, to pewnie potrwa". Starszyna zaklął coś pod nosem, wziął kasę i zawołał młodego, żeby mnie z powrotem odprowadził do samolotu.

Ufff! Udało się. Jestem na pokładzie naszego LOT-owskiego samolotu na dosłownie minuty przed odlotem! No,  to już chyba nic więcej się działo nie będzie! Samolot zaczyna kołować w kierunku pasa i po kilku minutach staje w miejscu. Kapitan ogłasza, że z powodu kiepskich warunków samolot odleci z kilkunastominutowym opóźnieniem. W międzyczasie od stewardessy dowiadujemy się, że Szeremietiewo, z którego starujemy jest jedynym czynnym w Moskwie lotniskiem. Mało tego, jest tu czynny tylko jeden pas, na którym lądują wszystkie samoloty lecące do Moskwy i co jakiś czas starują pojedyncze samoloty. Pomału, pomału, ale zbliżamy się do pasa startowego. W sumie trwa to dwie godziny!

W końcu starujemy. Ufff! Teraz to już na pewno koniec przygód. Jak dobrze być już prawie w domu. Tuż przed lądowaniem w Warszawie stewardessa informuje nas, że ... w Warszawie jest burza, że możemy podejść do lądowania tylko raz. Bo ... nie mamy już paliwa! Przez dwie godziny kołowania w Moskwie po prostu je wypaliliśmy! Jeżeli zatem nie uda się za pierwszym razem, to od razu lecimy na lotnisko zapasowe do Poznania. No i się nie udało w Warszawie. Wylądowaliśmy w Poznaniu! Najważniejsze jest to, żeśmy w ogóle wylądowali!!!

Już myślimy - co by tu następnego pokonać???"

                        Roman Sadowski

» Poleć znajomemu _|_ » Drukuj
youtube
Created by HONKI Multimedia. CMS: HONKI PageEditor 3.0.
OK